Jak skrupulatnie wyliczyłem jest to wpis trzynasty. Nie jestem przesądny, a „13” traktuję jako liczbę szczęśliwą. Swego czasu, jako dyrektor biura w Kancelarii Sejmu i dyrektor departamentu w Rządowym Centrum Legislacji, czekałem wręcz na trzynastego w piątek, starając się w ten dzień podpisać najwięcej pism (nigdy się nie zdarzyło, żeby takie pismo „wróciło” z jakimś problemem). Ale trzynasty wpis to dobra okazja do omówienia kwestii związanych z błędami, które wkradają się do tekstów aktów normatywnych, a mają charakter oczywistych pomyłek lub drobnych niedoróbek redakcyjnych albo, jak wolą niektórzy, są skutkiem pecha. Dodatkowo, do napisania niniejszego tekstu skłoniło mnie także zamieszanie z ustawą z dnia 5 lipca 2015 r. o zmianie ustawy o kuratorach sądowych , którego skutkiem jest wniosek Prezydenta do Trybunału Konstytucyjnego o zbadanie trybu jej uchwalenia z Konstytucją, i w związku, z którym – jak donosi Dziennik Gazeta Prawna – w prokuraturze zostanie wszczęte postępowanie sprawdzające celem ustalenia, „czy zachodzi uzasadnione podejrzenie popełnienia jakiegokolwiek przestępstwa”. Skąd te wszystkie działania najpoważniejszych organów? Odpowiedź jest prosta – z najzwyklejszego przejęzyczenia, z pomyłki, z chwili nieuwagi. Nie wchodząc w szczegóły, Pani Marszałek Sejmu powiedziała „kto jest za przyjęciem poprawki” zamiast „kto jest za odrzuceniem poprawki”, a tekst ustawy sporządzono tak jakby użyła właściwej formuły słownej, bo tak też (jakby Pani Marszałek prawidłowo wypowiedziała formułę) głosowali posłowie, rozpatrując poprawki zgłoszone do ustawy przez Senat.

Jest we mnie wielki smutek kiedy czytam o takich przypadkach. Ten smutek jest we mnie także, kiedy słyszę o prostych błędach legislacyjnych wykrytych na etapie po ostatecznym przyjęciu, a przed ogłoszeniem ustawy lub rozporządzenia. Literówka, błędne odesłanie, powtórzona numeracja w równolegle procedowanych ustawach. Smutno mi, bo nasze Państwo (nie regulować ekranu – świadomie użyłem dużej litery) jest wobec takich przypadków bezsilne. Przez ćwierćwiecze stworzyło i ugruntowało fundamentalną zasadę demokratycznego państwa prawnego. Wypracowało modelowy system prawny, oparty na precyzyjnych zasadach ale nie potrafi sobie poradzić z takimi drobnostkami. Jak parę lat temu, w którejś noweli ustawy o PIT albo CIT, dopiero przed przesłaniem do ogłoszenia zauważono, że przepis mówi o „pomiotach” zamiast o „podmiotach” to wiele wody w Wiśle upłynęło, wiele papieru i tonera w drukarkach zużyto na pisma, co z tym fantem zrobić. Najtęższe legislacyjne głowy zastanawiały jak problem rozwiązać. Najwyżsi urzędnicy związani z obsługą procesu legislacyjnego wymieniali się w tej niepoważnej sprawie bardzo poważnymi pismami pisanymi na podstawie jeszcze poważniejszych notatek. Niepoliczalne są nerwy, jakie stracili legislatorzy uczestniczący w procesie legislacyjnym projektu zawierającego nieszczęsny przepis. Dlaczego? Bo w naszym prawie, tym określającym procedury legislacyjne do ogłoszenia aktu włącznie, nie jest określone co w przypadku drobnej, oczywistej pomyłki można (należy) zrobić.

Ustawa o ogłaszaniu aktów normatywnych i niektórych innych aktów prawnych zawiera co prawda pojęcie błędu w akcie normatywnym, z tym że błąd ten odnosi się do aktu już ogłoszonego. Inaczej mówiąc, sprostować można jedynie błąd polegający na różnicy między tekstem przesłanym do ogłoszenia a tekstem ogłoszonym, a więc dawniej błąd zecera składającego czcionki do druku a obecnie –  błąd komputera przekształcającego tekst przesłany do ogłoszenia w plik ogłoszony, czyli błąd praktycznie niemożliwy. A co z literówką tkwiącą w tekście ustawy podpisanym przez Prezydenta albo w tekście rozporządzenia podpisanym przez ministra. Takiego błędu nasz system nie przewiduje. Tekst ogłoszony musi być identyczny z naturalnym, czyli podpisanym i przekazanym do ogłoszenia. A przecież błędy się zdarzają i zdarzać będą – każdemu, no, oprócz tych co nic nie robią.

Jestem zwolennikiem uczciwości w legislacji, nazywaniem spraw po imieniu i rozwiązywaniem problemów, a nie przechodzeniem nad nimi do porządku dziennego, Jest pewne, że błędy są i będą, czego najlepszym przykładem jest Konstytucja, w której mimo tego, że przykładano przecież szczególną wagę do bezbłędności treść,i nie uniknięto konieczności korekty przez obwieszczenie o sprostowaniu błędów w istocie redakcyjnych i to po kilu latach od dnia wejścia w życie (Dz. U. z 2001 r. Nr 28, poz. 319). Powinna w końcu znaleźć się formalna i legalna procedura poprawiania błędów na każdym etapie procedury legislacyjnej, w tym zwłaszcza na etapie ogłaszania.

We wszystkich innych aktach prawnych niż akty normatywne przewidziane jest poprawianie oczywistych błędów. Kodeks postępowania administracyjnego, kodeks postępowania cywilnego i kodeks postępowania karnego przewidują korektę błędów pisarskich i oczywistych omyłek w decyzjach administracyjnych i orzeczeniach sądowych. Wiem, że jest istotna różnica między organami wydającymi rozstrzygnięcia indywidualnie, a organami wydającymi akty normatywne powszechnie obowiązujące, ale skoro jest błąd, to niezależnie od charakteru aktu powinna być możliwość jego poprawienia.

Od wielu lat podnoszę postulat – wprowadźmy stosowne zmiany do ustawy o ogłaszaniu aktów normatywnych …, dające podstawę prawną do prostowania oczywistych pomyłek w aktach normatywnych przekazanych do ogłoszenia. Wprowadźmy także odpowiednie procedury (podstawy prawne) korekty w projektach ustaw procedowanych na etapie prac Rady Ministrów i parlamentarnym. Do tej pory odbywa się to na zasadach określonych zwyczajem, zdroworozsądkowym podejściem, ale to za mało, a w sytuacjach skrajnych, takich jak słynny przecinek art. 156 § 1 pkt 2 Kodeksu karnego wywołuje już realne problemy ze stosowaniem przepisów. Głos ten jednak nie spotyka się w środowisku z poparciem. Raczej słyszę w związku z moimi propozycjami krytykę, Skupia się ona dwóch aspektach – konstytucyjnym, pada zarzut, że taka procedura byłaby sprzeczna z konstytucyjnymi zasadami stanowienia prawa. Trudno z tym argumentem dyskutować ale jestem przekonany, że skoro art. 88 ust.2 Konstytucji mówi, że „zasady i tryb ogłaszania aktów normatywnych określa ustawa” to mieści się w tym możliwość określenia procedury zamiany wyrazu „pomiotach” na wyraz „podmiotach” bez angażowania do tego obu izb parlamentu i Prezydenta. Drugi aspekt krytyki mojego pomysłu jest bardziej praktyczny. Otóż obawiają się niektórzy, że to zbyt wielka odpowiedzialność nakładana na tych, którzy mieliby takie zmiany wprowadzać i że procedura taka stanowiłaby zapewne pole do wprowadzania ręką legislatorów zmian merytorycznych do przyjętych już przepisów. Osobiście bym się tego nie obawiał. Zakładam, że każdy średnio rozgarnięty legislator (a już na pewno jego zwierzchnik) jest w stanie ocenić, czy zmiana w brzmieniu przepisu powoduje zmianę treści merytorycznej. Przecież cała robota legislacyjna jaka wcześniej była prowadzona nad projektem miała skutki merytoryczne. Tym bardziej, legislator, który tę robotę wykonywał ma wszelkie dane do tego by poprawić oczywisty błąd. Stoją nam jednak przed oczami obrazki z przesłuchań prowadzonych przez komisję śledczą w sprawie „afery Rywina” i obawa przed zarzutem bezpodstawnej ingerencji w treść projektu. Dlatego też postulat, żeby oczywiste poprawki ująć w ramy prawne wydaje się naturalnie uzasadniony. Uniknęlibyśmy dzięki temu szeregu praktycznych problemów i nie wystawiali powagi procesu prawotwórczego na zupełnie niepotrzebne i niepoważne dyskusje.

Póki co, pozostaję w smutku.

 

WZ