Jest dzień po wyborach. Nie, nie będzie o polityce. Będzie o tym, o czym w tym blogu ma być – o legislacji. Czyli o czym? Otóż pytanie nie jest wcale retoryczne, a ja wielokrotnie to pytanie sobie zadawałem.

Trzy tygodnie temu otrzymałem autorski egzemplarz nowego numeru kwartalnika Przegląd legislacyjny z moim artykułem zatytułowanym Legislacja administracyjna jako pojęcie prawne i przedmiot nauczania – uwagi krytyczne. (Nr 3/2015 ss. 33-48) Oto jego skrócona treść:

 

  • w języku prawnym i języku prawniczym brak definicji pojęcia „legislacji”, mimo iż jest ono powszechnie używane samodzielnie i jako człon różnych zwrotów i wyrażeń. Definicji nie zawierają ani opracowania naukowe, czy choćby orzecznictwo Trybunału Konstytucyjnego tak często odwołujące się do „prawidłowej/przyzwoitej/poprawnej legislacji”,
  • na miarę swoich skromnych możliwości sformułowałem, zapewne jedną z pierwszych w piśmiennictwie, definicję legislacji określając ją jako „ogół zasad, dyrektyw, technik, czynności i procedur związanych z procesem powstawania aktów normatywnych”. Uszczegóławiając tę definicję uznałem, że dotyczy ona okresu od podjęcia decyzji o wykonaniu kompetencji do wydania aktu normatywnego, aż do jego ogłoszenia. Innymi słowy przyjąłem możliwie najszerszy z punktu widzenia podmiotowego, przedmiotowego i funkcjonalnego zakres rozumienia legislacji;
  • zwróciłem uwagę, że pojęcie legislacji jest ostatnio zastępowane (wypychane z systemu) pojęciem legislacji administracyjnej. Okazuje się, że w ostatnich latach powstało wiele podręczników, monografii i opracowań o legislacji administracyjnej, a o legislacji w jej czystej postaci napisano prawie nic;
  • moje badania pojęcia legislacji administracyjnej doprowadziły do wniosku, że pojęcie to wykrystalizowało się i utrwaliło przez nieobowiązujące od 1 października 2011 r. rozporządzenie Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego z dnia 12 lipca 2007 r. w sprawie standardów kształcenia dla poszczególnych kierunków oraz poziomów kształcenia, a także trybu tworzenia i warunków, jakie musi spełniać uczelnia, by prowadzić studia międzykierunkowe oraz makrokierunki (Dz. U. Nr 164, poz. 1166 oraz z 2009 r. Nr 180, poz. 1707). Swego czasu, w standardach kształcenia dla kierunku administracja na studiach pierwszego stopnia, w grupie treści kierunkowych przewidziano „legislację administracyjną”. Analizując szczegółowo przepisy rozporządzenia i definicje legislacji administracyjnej zawartych w opracowaniach jej dotyczących uznałem, że legislacja administracyjna jako odrębne pojęcie prawne i przedmiot nauczania jest w istocie terminologicznym nieporozumieniem;
  • we wnioskach postuluję odstąpienie od używania pojęcia legislacja administracyjna dla określania odrębnego przedmiotu nauczania i dziedziny nauki prawa albo takie jego zredefiniowanie, aby nie wywoływało one semantycznych i systemowych nieporozumień.

 

 

Powyższy artykuł wziął się z mojego przekonania o niedocenianiu legislacji jako odrębnej dziedziny nauki prawa. O legislacji mówią wszyscy. Wycierają sobie nią usta na wszelkie możliwe sposoby. Co złego to zaraz: „bubel legislacyjny”, „legislacyjne bezprawie”, „legislacyjny błąd”, itp. Niestety, ci którzy legislacją się zajmują nie mają narzędzi do kształtowania właściwego odbioru społecznego tego czym się zajmują. Społeczeństwo spogląda na legislację przez krzywe zwierciadło medialnych doniesień, nijak się mających do rzeczywistego obrazu pracy legislatorów. W ramach swoich skromnych możliwości sami legislatorzy też niewiele robią, żeby ten obraz prezentować. Wystarczy odwiedzić stronę Polskiego Towarzystwa Legislacji –http://www.legislacja.org.pl/ . Może tak powinno być. Przyjmuję, że legislator to żadna gwiazda, powinien znać swoje miejsce w szeregu, ale świadomość społeczna, tego co robimy musi być większa.

Odrębny problem to fakt, że zasady tworzenia prawa, jego interpretowania oraz techniki prawodawcze używane przez legislatorów są często dalekie od tych, które wykorzystują inne zawody prawnicze, a w szczególności sędziowie. Dziwi i przeraża czasem efekt styku sfer tworzenia i stosowania prawa. (Jak przypadek sądu okręgowego pytającego organy administracji rządowej, czy ustawa o zmianie ustawy „obowiązuje”.)

W mojej krótkiej karierze biznesowej doświadczyłem też wielu przykładów, że wiedza na temat legislacji radców prawnych i prawników obsługujących podmioty gospodarcze jest zaiste skromna.

Mam nadzieję, że kiedyś nastąpi (a właściwie rozpocznie się) proces „unifikowania” narzędzi prawniczych stosowanych w różnych środowiskach prawniczych.

Oby legislacja doczekała się właściwego zrozumienia i zaczęła funkcjonować jak jej się to należy.

Kończę, bo syn mnie krytykuje, że moje wpisy są za długie.

 

WZ