Z nadzieją, mimo wszystko, w Nowy Rok.

Od ostatniego wpisu znowu zadziało się. I znowu nie mogę się powstrzymać od uwag o charakterze bardziej publicystycznym niż czysto legislacyjnym. Kolejne – wydawałoby się niewyobrażalne – naruszenia podstawowych reguł tworzenia prawa, oczywiste sprzeczności z Zasadami techniki prawodawczej za nami. Jakże trudno to obserwować. Jakże trudno odnieść się do tego bez emocji.

Tak się składa, że moje ostatnie zlecenia szkoleniowe dotyczyły przeprowadzania szkoleń pod tytułem „Legislacja dla nieprawników”. Cel jaki sobie postawiłem to zaznajomienie osób bez wykształcenia prawniczego z podstawowymi pojęciami z zakresu legislacji, zasadami konstytucyjnego systemu prawa i technikami prawodawczymi. W szczególności zależało mi na tym aby uczestnicy szkoleń uwiadomili sobie hierarchiczność źródeł prawa, zapoznali się ze wszystkimi rodzajami przepisów w aktach normatywnych (ich funkcją i prawidłowym umiejscowieniem), budową jednostek redakcyjnych i technikami ich nowelizowania. Jak zwykle kładłem nacisk na rolę i wagę rozstrzygnięć intertemporalnych, podkreślając trudność tej problematyki. Jak zwykle dawałem też dużo przykładów z Dziennika Ustaw wziętych. Wydaje mi się, że założony cel w znacznym stopniu osiągnąłem – uczestnicy poznali naturę procesu powstawania przepisów i zawartych w niech norm prawnych oraz poznali legislacyjne mechanizmy ich zmian. (Tezę pozwalam sobie postawić po zapoznaniu się ankietami ewaluacyjnymi, w których oceny szkolącego i przekazanej wiedzy przekraczały średnią 4,7 w skali 1-5). Moi odbiorcy co do zasady zgadzali się z moją tezą, że legislacja jest nie tylko dla prawników; że rządzą nią proste reguły zrozumiałe dla każdego racjonalnie myślącego człowieka.

Jak się ma powyższe do tego co dzieje się w parlamencie w procesie ustawodawczym? Otóż, szkoląc, wykładając, podając prawidłowe reguły legislacji trzeba się odwoływać do wartości bezdyskusyjnych, niekwestionowalnych, niezależnych od czasu i okoliczności. Trzeba też opierać się na autorytetach. W sytuacji, gdy każda rudymentarna zasada, każda ugruntowana praktyka, każda instytucja prawna może zostać zakwestionowana nieracjonalnymi „nieargumentami” niezwykle trudno jest wiarygodnie przekonywać do wartości, które do tej pory były oczywistym punktem odniesienia. Przecież w moich szkoleniach wielokrotnie odwołuję się orzecznictwa Trybunału Konstytucyjnego, zwłaszcza do szczegółowych zasad wywodzonych z zasady demokratycznego państwa prawnego. Podkreślam istotę i znaczenie dorobku orzeczniczego TK, który praktycznie dekoduje normy zawarte w górnolotnie brzmiącym art. 2 Konstytucji – Rzeczpospolita Polska jest demokratycznym państwem, urzeczywistniającym zasady sprawiedliwości społecznej. To z art. 2 wywiedziono zasadę zaufania do państwa i stanowionego prawa, zasadę ochrony interesów w toku, zasadę określoności przepisów. To w nim odnajduje się zasadę lex retro non agit, zasadę proporcjonalności, zasadę prawidłowej/poprawnej/przyzwoitej/należytej legislacji. Podkreślam też często, że większość z tych zasad Trybunał wywiódł jeszcze przed wejściem w życie Konstytucji z 1997 r. I czego się doczekał – ustawy z dnia 22 grudnia 2015 r. o zmianie ustawy o Trybunale Konstytucyjnym (Dz. U. poz. 2217). Ustawy, która de facto blokuje pracę Trybunału, która przyjęta została w pośpiechu urągającym wszelkim standardom stanowienia prawa, która narusza podstawowe i szczegółowe zasady techniki prawodawczej i która jest oczywiście niekonstytucyjna.

Kończy się ten rok najczarniejszymi scenariuszami z punktu widzenia legislacji. Ostatnim bodaj akordem prawodawczej kakofonii jest przepis art. 4 ustawy z dnia 30 grudnia 2015 r. o zmianie ustawy o radiofonii i telewizji. brzmiący: Ustawa wchodzi w życie z dniem następującym po dniu ogłoszenia, a traci swą moc z dniem 30 czerwca 2016 r. Przecież to jest nowelizacja. W dniu wejścia w życie zmieni ustawę nowelizującą i koniec jej bytu (nie licząc przepisów przejściowych). Co autor tej pseudonormy ma na myśli – że 1 lipca 2016 r. sie (to nie jest literówka) przywróci obecna treść ustawy o radiofonii i telewizji. To jakiś obłęd, nie do uwierzenia,

Nie zadaję pytania, co dalej? Boję się szukać na nie odpowiedzi. Pozostaję cały czas w nadziei.

Za kilka godzin Nowy Rok. Życzę serdecznie legislacyjnemu środowisku: pracy w spokoju, doceniania ( w tym materialnego) legislacyjnego znoju, harmonijnego osobistego i zawodowego rozwoju i dobrej współpracy w niezawodnym zdrowiu.

 

WZ

Nihilizm prawny a legislacja.

Dość długo milczałem. W tym czasie z zadziwieniem, zażenowaniem, niedowierzaniem, wreszcie z oburzeniem, obserwowałem co dzieje się w sprawach, które temu blogowi są najbliższe. Poza tym trwała we mnie walka wewnętrzna, walka z przekonaniem, że jako legislator powinienem się w blogu odnosić tylko i wyłącznie do kwestii czysto legislacyjnych. Założyłem sobie na początku, iż z oczywistych przyczyn nie będę wkraczał w obszary skażone czystą polityką. Podkreślałem to jeszcze na początku ostatniego wpisu. Ale wobec wydarzeń, które miały miejsce w ostatnich trzech tygodniach podjąłem trudną decyzję – odniosę się do nich. Uważam, że taki jest mój obowiązek. Ten blog założyłem także dlatego, że jako ”wolny strzelec”, legislator niezatrudniony na państwowej posadzie mogę i powinien zajmować takimi sprawami, jakie dla większości legislacyjnego środowiska są w naturalny sposób niedopuszczalne, czy wręcz zakazane. Nie będę jednak komentował wypowiedzi czysto politycznych, zwłaszcza tych odwołujących się do prymatu woli narodu nad prawem i Konstytucją, bo nie wytrzymałaby tego prawdopodobnie klawiatura.

Dla mnie prawnika, który swoją edukację prawniczą rozpoczynał w 1985 r. i przez wszystkie te lata najpierw obserwował upadek starego systemu i potem mozolne kształtowanie nowego porządku prawnego, to co obecnie się dzieje wokół Trybunału Konstytucyjnego to tytułowy nihilizm prawny (patrz definicja nihilizmu http://sjp.pl/nihilizm i nihilizmu prawnego http://encyklopedia.interia.pl/haslo?hid=90307 ). Czy nihilizmem nie jest?

  • Nieuznawanie skutków prawnych czynności podejmowanych na podstawie obowiązujących przepisów.
  • Nieprzestrzeganie hierarchii norm aktów normatywnych.
  • Uchylanie przepisów, które już „zadziałały” i wprowadzanie w ich miejsce nowych przepisów dla wywołania skutków prawnych w zakresie stanów faktycznych już dokonanych.
  • Naruszanie zasad tworzenia prawa w każdym znaczeniu i wymiarze: systemowym, proceduralnym czy racjonalnym.
  • I wreszcie – niewykonywanie, obstrukcja i dezawuowanie rozstrzygnięć organów działających w ramach instytucji prawnych urzeczywistniających zasadę trójpodziału władz.

To wszystko miało i ma miejsce w związku z „akcją” dotyczącą Trybunału Konstytucyjnego i jest jawnym zaprzeczeniem standardów jakie stworzyliśmy od 1989 r. Na tę chwilę nie wiadomo co dalej, co jeszcze, co potem?

Ja zadaję sobie pytanie, jak się w tym wszystkim ma znaleźć legislacja rozumiana jako ogół zasad, dyrektyw, technik, czynności i procedur związanych z procesem powstawania aktów normatywnych? Odpowiedź nie nastraja niestety optymistycznie. Legislacja jest tylko narzędziem. Jeśli ci, którzy decydują o ostatecznej formie i treści prawa posługują się nihilizmem prawnym, to mogą tego narzędzia używać dowolnie, wybiórczo, pomijać niektóre jego funkcjonalności. Mogą wykorzystywać legislację partykularnie.

Minęły czasy, kiedy legislator uzbrojony w Konstytucję i Zasady techniki prawodawczej mógł skutecznie stawiać czoła większości procedującej projekt. Na przykład, podczas mojej pracy w Biurze Legislacyjnym Kancelarii Sejmu nad projektem ustawy z dnia 3 marca 2000 r. o wynagradzaniu osób kierujących niektórymi podmiotami prawnymi skorzystałem z ówczesnego art. 56 regulaminu Sejmu (obecny odpowiednik art. 70), powodując, że Marszałek Sejmu cofnął sprawozdanie do Komisji Nadzwyczajnej, a posłowie chcąc nie chcąc musieli raz jeszcze zająć się projektem i wyeliminować z niego podnoszone przez Biuro Legislacyjne sprzeczności z Konstytucją i błędy legislacyjne (patrz prace komisyjne – posiedzenia 15 i 22 grudnia 1999 r. ). Tak, były takie czasy. Dzisiaj jest inaczej. W procesie legislacyjnym liczą się trzy rzeczy: po pierwsze – interes partyjny, po drugie – interes partyjny i po trzecie – … interes partyjny. Tymczasem, choć legislacja to narzędzie elastyczne, nie sposób go dostosować do każdego interesu politycznej większości. Niestety zależność ta zawsze działa na niekorzyść legislacji i legislatorów i tego nie da się przeskoczyć. Standardy poprawnej/prawidłowej/przyzwoitej legislacji są przestrzegane, jeżeli przestrzegane są wszystkie inne zasady konstytucyjne.

Z niepokojem patrzę co przyniesie dalszy rozwój wypadków. Wierzę jednak, że ostatecznym skutkiem obecnego zamieszania będzie wzmocnienie mechanizmów zapewniających obronę przed nihilizmem prawnym.

 

WZ