To najczarniejsze dni parlamentaryzmu. Cztery lata temu odnosiłem się do pierwszych ustaw podejmowanych w poprzedniej kadencji z oburzeniem. Pisałem o nihilizmie prawnym. W kolejnych latach stopień legislacyjnej hipokryzji, instrumentalnego i arbitralnego traktowania prawa co chwila przekraczał poziomy, które wydawały się niewyobrażalne. Naruszenia konstytucyjnych, ustawowych i regulaminowych wymogów procesu stanowienia prawa, w przejawach coraz bardziej oczywistych i bezczelnych, stały się gorzką codziennością. Ostatnim nadzwyczaj jaskrawym przypadkiem tego procesu stała się ustawa z dnia 20 grudnia 2019 o zmianie ustawy – Prawo o ustroju sądów powszechnych, ustawy o Sądzie  Najwyższym oraz niektórych innych ustaw.

Na początek powtórzę zastrzeżenie z tytułu wpisu: TO NIE JEST USTAWA. Nie nazywajmy tego nawet ustawą „kagańcową”, czy „represyjną”. Ustawą jest bowiem akt podejmowany przez parlament w ściśle określonej procedurze, wdrażający konstytucyjnie ustalone wolności i prawa lub kształtujący w zgodzie z Konstytucją ustrój i zadania organów państwa. To coś, co przyjął Sejm Rzeczypospolitej Polskiej 20 grudnia, nie spełnia żadnego z wyżej opisanych kryteriów.

Konstytucja wymaga, aby ustawa przyjęta została w trzech czytaniach, po odpowiednim przepracowaniu treści zawartej w projekcie złożonym przez uprawniony podmiot. Dotyczy to zwłaszcza projektów poselskich, które z natury rzeczy „pozbawione” są  odpowiedniego zaplecza merytorycznego i legislacyjnego. Pierwsze czytanie projektu z druku nr 69 rozpoczęto 19 grudnia po godz. 12, a trzecie czytanie zakończyło się przyjęciem tego czegoś 20 grudnia po godzinie 17. Czy tak przyjmowany jest akt, którego preambuła głosi (nie pamiętam, żeby kiedykolwiek nowelizacja miała preambułę), że przyjmowany on jest w poczuciu odpowiedzialności za wymiar sprawiedliwości Rzeczypospolitej Polskiej?

Akt, o którym mowa nie jest ustawą, a jest końcowym akcentem długotrwałej batalii, której celem było złamanie podstawowej ustrojowej zasady każdego nowoczesnego państwa – trójpodziału władzy gwarantującej obywatelom, suwerenowi, narodowi realne funkcjonowanie zasady państwa prawnego. Reguła niezależności władzy sądowniczej, będąca gwarancją kontroli władzy wykonawczej i ustawodawczej, to fundament funkcjonowania zasady zaufania obywateli do państwa i stanowionego przez nie prawa. Jak można mówić o poszanowaniu trójpodziału i równoważeniu władz (akapit drugi kłamliwej preambuły) nakładając na sędziów restrykcje nieprzewidziane dla żadnych innych grup podmiotów i korporacji zawodowych oraz inne uregulowania zmierzające do ubezwłasnowolnienia sędziów jako grupy zawodowej odpowiedzialnej za wydawanie niezawisłych wyroków?

W krótkiej i burzliwej debacie dotyczącej projektu zdawał się przeważać aspekt unijny. Powtarzały się argumenty o „polexicie”, sprzeczności z mniej lub bardziej szczegółowymi zasadami prawa unijnego oraz o zagrożeniach dla strumienia finansowego płynącego do Polski z UE. Nie to jest jednak najważniejsze. My tak po prostu sami siebie pozbawiamy dorobku ostatnich 30 lat. Jedni dają się oszukiwać ohydnej propagandzie, opartej na kłamstwach i przeinaczeniach. Wierzą oszukańczym uproszczeniom, którymi posługują się osoby piastujące najważniejsze funkcje państwowe. Drudzy dali się przekupić transferom socjalnym. Inni boją się o swoje stołki tudzież, w imię świętego spokoju albo bezpiecznej obsługi kredytu hipotecznego, wolą milczeć.

Co dalej z tą „nieustawą”? Nie zadecydują argumenty prawno-ustrojowe. Jak zwykle ważniejszy będzie interes partyjny. Osobiście uważam, że  skoro to nie jest ustawa nie ma powodów, żeby zajmował się nią Senat, tym bardziej, że efekt końcowy jest do przewidzenia. Skoro Sejm traktuje niepoważnie swoją rolę i obowiązki konstytucyjne, to Senat nie musi mu pomagać.

Życzę wszystkim tym, którzy nie mają żadnych wątpliwości, że warto stać po stronie prawdy i zasad, aby ich postawa dała dobre owoce.

WZ