Nowelizacja Zasad techniki prawodawczej weszła w życie.

Trudny to czas dla mnie. Ćwiczę właśnie w praktyce konsekwencje pytania jakie postawiłem sobie w pierwszym wpisie tego bloga. Czy legislacja może wybić się na niezależność? Cóż, pytanie to postawiłem z pełną świadomością, że odpowiedź nie jest prosta i sprawdzenie tego na własnej skórze może być doświadczeniem trudnym. Będę sprawdzał dalej.

Po blisko czternastu latach od wejścia w życie Zasad techniki prawodawczej z 2002 r. wchodzi w życie ich nowelizacja. Zmiana jest niebagatelna – § 1 rozporządzenia nowelizującego liczy 85 punktów, podczas gdy ZTP składały się dotychczas ze stu sześćdziesięciu trzech paragrafów. W pracach nad projektem pojawił się nawet postulat aby ze względu na zakres zmian wydać zupełnie nowe Zasady techniki prawodawczej. W swej masie zmian jest dużo, ale czy są one zasadnicze i głębokie – nie.

W mojej ocenie większość zmian ma charakter porządkujący lub doprecyzowujący. Bo jakże inaczej traktować korekty w § 8 czy § 82 albo zmianę sformułowania „wygaśnięcie mocy obowiązującej” na sformułowanie „utrata mocy obowiązującej”. Znaczna część zmian jest jedynie literalnym usankcjonowaniem jednolitej praktyki legislacyjnej – np. zmiany w dziale III dotyczącym tekstu jednolitego, czy wprowadzenie nowej jednostki redakcyjnej – podwójne tiret. W większości przypadków ten kto do tej pory praktycznie uprawiał legislację nie będzie miał problemów z dostosowaniem się do tych „nowości”.

Jedynie kilka zmian jest autentyczną nowością normatywną. Są też niestety zmiany, które jak podejrzewam, będą różnie interpretowane przez adresatów i co do których nie wiadomo jak się ukształtuje się praktyka.

Oto takie zmiany i pytania jakie u mnie wywołują.

  • § 1 pkt 9 i 15 noweli w zakresie dotyczącym § 26 i § 35, czyli przepisów ustrojowych i dostosowujących (przeniesienie zwrotu o utworzeniu do przepisów dostosowujących). Czy w końcu na szkoleniach i zajęciach z ZTP, które prowadzę przestanie padać pytanie: Czy i gdzie powinno pisać się zwrot „tworzy się …”? Czy praktyka w tym względzie ujednolici się?
  • § 1 pkt 10 noweli – dodanie nowego rodzaju przepisów – przepisów epizodycznych i liczne konsekwencje w treści ZTP z tym związane. Powtórzę tylko za moim wpisem z 9 października ubiegłego roku. Czy nowy rodzaj przepisów „przyjmie się” w praktyce? Czy legislatorzy będą je prawidłowo identyfikowali i umiejscawiali?
  • § 1 pkt 11 i 12 noweli w zakresie nakazującym formułować przepisy przejściowe również w przypadku gdy przedmiotem ich rozstrzygnięcia ma być stosowanie przepisów nowych, z zaleconym schematem: „W sprawach … stosuje się art. … (oznaczenie przepisu nowej ustawy)”. Czy spowoduje to wysyp niepotrzebnych przepisów stwierdzających wg cytowanego schematu, że pod rządami nowego prawa stosuje się nowe prawo. Czy może ukształtuje dobrą praktykę potwierdzania stosowania nowego prawa do spraw z przed dnia wejścia w życie nowej ustawy tylko wtedy, gdy rzeczywiście jest to niezbędne?
  • § 1 pkt 44 noweli zmieniający § 87 w zakresie dotyczącym niewielkich zmian w przepisach, dopuszczający stosowanie techniki zastępowania, dodawania i skreślania pojedynczych wyrazów bez nadawania nowego brzmienia jednostce redakcyjnej, w której się one znajdują. Jak będzie interpretowana ta dyrektywa w praktyce legislacyjnej? Czy powrócimy do stanu z przed 2002 roku kiedy ustawy wyglądały jak misterna koronka?
  • § 1 pkt 76 i 77 wprowadzające zmiany w obrębie działu VII dotyczącego aktów prawa miejscowego, co do których – jeszcze publikując ostatni wpis – byłem przekonany że zmiany dotyczące tego działu mają charakter czysto porządkujący (uchyla się jedynie „beznormatywny” par. 142 i dokonuje zmiany w par. 143 rozszerzając odpowiednie stosowanie na rozdział 1 z działu I). Tymczasem jak mnie uświadomiono ich intencją jest wyłączenie z zakresu regulacji ZTP aktów prawa miejscowego jednostek samorządu terytorialnego. I znowu – jaka będzie praktyka? Jak będą traktować ZTP organy nadzoru i sądy administracyjne?

Niestety nie wszystkie powyższe pytania są retoryczne. Czuję, że niektóre sygnalizowane problemy mogą wywoływać rozbieżności w praktyce legislacyjnej, choć ich rzeczywistą wagę pewnie subiektywnie przeceniam. Poza tym, na szczęście Zasady techniki prawodawczej są przede wszystkim zespołem reguł (dyrektyw) wskazujących jak poprawnie konstruować akty normatywne, włączać je do systemu prawa i eliminować z niego. Ponad nimi stoją zasady prawidłowej legislacji, określoności przepisów prawa i inne konstytucyjne i systemowe zasady dotyczące tworzenia prawa i jego interpretowania To dzięki nim legislator może rozstrzygnąć w konkretnym przypadku każdą wątpliwość.

 

WZ

Akty prawa miejscowego w Zasadach techniki prawodawczej po nowelizacji.

Czas mija szybko. Za dwa tygodnie upływa vacatio legis nowelizacji Zasad techniki prawodawczej. O tej zmianie pisałem we wpisach z 9 października i 6 listopada ubiegłego roku – głównie w kontekście wątpliwości jakie mam, w związku z niektórymi regulacjami zawartymi w tej nowelizacji. Odgrażałem się też, że do tematu wrócę. Czynię to więc, zaczynając znowu trochę od końca.

Wielokrotnie narzekałem na brak profesjonalizmu twórców aktów prawa miejscowego (APM). Wytykałem błędy i wskazywałem żenujące przykłady, udowodniając  niski poziom legislacji samorządowej. Stan ten ma wiele złożonych przyczyn, w tym także obiektywnych. Jedną z takich przyczyn jest niedostatek i niespójność przepisów regulujących zasady tworzenia aktów prawa miejscowego. Z pełną wyrazistością odzwierciedla to treść przepisów Zasad techniki prawodawczej odnoszących się APM i to zarówno w treści jeszcze obowiązującej jak i tej od 1 marca 2016 r.

Obecnie obowiązująca treść § 143 (a nowelizacja nic w tym zakresie nie zmienia) nakazująca stosować do APM przepisy działu VI zawierającego przepisy dotyczące projektów aktów o charakterze wewnętrznym oraz działu V dotyczącego projektów rozporządzeń, budzi wątpliwości systemowe i legislacyjne. APM należą do konstytucyjnie określonego, zamkniętego katalogu źródeł prawa powszechnie obowiązującego. To źródło prawa, zgodnie art. 94 Konstytucji, może być stanowione wyłącznie na podstawie i w granicach upoważnień zawartych w ustawie. Powinny się więc do nich stosować wyłącznie przepisy (dyrektywy ZTP) dotyczące ustaw i rozporządzeń. Akty prawa wewnętrznego obowiązują przecież tylko jednostki organizacyjne podległe organowi wydającemu te akty.

Już obecnie (a po zmianie jeszcze bardziej) odesłanie do odpowiedniego stosowania do projektów APM przepisów działu VI ma znaczenie normatywne niewielkie, żadne lub wręcz prowadzące do sprzeczności. Oto praktyczny skutek omawianego odesłania w odniesieniu do poszczególnych przepisów działu VI:

  • 133 – ogólny przepis o podstawach prawnych uchwał Rady Ministrów i zarządzeń wydawanych przez inne podmioty – brak znaczenia normatywnego w odniesieniu do APM, mogą one być wydane tylko na podstawie ustawy i wynika to bezpośrednio z Konstytucji (cytowany wyżej art. 94),
  • 134 – stanowiący, że podstawą prawną uchwał i zarządzeń mogą być „klasyczne” przepisy upoważniające oraz przepisy wyznaczające zadania i kompetencje danego podmiotu – stosowanie „odpowiednio” do APM tego paragrafu prowadzi do oczywistej sprzeczności z art. 94 Konstytucji, gdyż przewiduje, że podstawą APM może być przepis wyznaczający zadania lub kompetencje, a więc przepis niezawierający szczególnego upoważnienia do wydania przepisów upoważniających. Organy samorządowe nagminnie przywołują jako podstawy prawne APM różne przepisy, w tym zwłaszcza ustrojowe i kompetencyjne. Rady gmin w szczególności powołują art. 7 (zadania gmin) i art. 18 (kompetencje rady gminy) ustawy o samorządzie gminnym. Podobnie jest z powiatami. Literalnie wszystko się zgadza, bo jest zgodne z § 134 pkt 2 ZTP. Nota bene, taka „rozszerzona” podstawa prawna stanowi też „podłoże” do wykraczania poza właściwe upoważnienie ustawowe (liczne rozstrzygnięcia nadzorcze i sądowe). Dodatkowo, w tym kontekście należy zwrócić uwagę, iż nowela uchyla § 142, który w ust. 2 stanowi, że APM stanowione są „na podstawie przepisów upoważniających”, co może prowadzić do rozszerzania praktycznego stosowania dyrektywy zawartej w § 134 pkt 2.
  • 135 – nakazający umieszczać w APM wyłącznie sprawy wynikające z przepisu upoważniającego lub przepisu określającego zadania i kompetencje – uwagi jak wyżej; z odesłania zawartego w § 143 wynika też, że do APM stosuje się § 115 dotyczący rozporządzeń i to jest norma właściwa do APM – przepisów powszechnie obowiązujących,
  • 136 – zakazujący umieszczania przepisów niezgodnych z innymi aktami powszechnie obowiązującymi – jest uchylany ale i tak do APM stosuje się odpowiednio § 115 z działu V,
  • 137 – zakaz powtarzania przepisów z innych aktów – odesłanie do tego przepisu „nakłada” się na odesłanie do § 118 dotyczącego rozporządzeń,
  • 138 – dopuszczenie wydania jednej uchwały i zarządzenia na podstawie kilku przepisów oraz wydania kilku uchwał i zarządzeń na podstawie jednego przepisu – odesłanie do tego przepisu „nakłada” się na odesłanie do przepisu § 119; powstaje sprzeczność, którą biorąc pod uwagę charakter prawny APM, należy rozstrzygnąć na korzyść odpowiedniego stosowania § 119 jako właściwego z punktu widzenia opracowywania aktów normatywnych powszechnie obowiązujących,
  • 139 – jak wyżej; „nałożenie” następuje z § 121,
  • 140 – określający rodzaje aktów prawa wewnętrznego – jedyny przepis, do którego odesłanie pozornie ma charakter normatywny ale jest zbędne; forma APM wynika zawsze z przepisu szczególnego ustawy.

Jak widać odesłanie do odpowiedniego stosowania do projektów APM przepisów działu VI jest albo zbędne albo prowadzi do sprzeczności systemowych i konstytucyjnych. Biorąc powyższe pod uwagę, moim zdaniem, § 143 powinien brzmieć:

  • 143. Do projektów aktów prawa miejscowego stosuje się odpowiednio zasady wyrażone w dziale V, z wyjątkiem § 132, w dziale I w rozdziałach 1–7 i w dziale II, a do przepisów porządkowych – również w dziale I w rozdziale 9, chyba że odrębne przepisy stanowią inaczej.

Niestety 1 marca 2016 r. nie będzie datą, od której nastąpi wzrost poziomu samorządowej legislacji, chyba że nastąpi to z innej przyczyny niż zmiana ZTP.

 

WZ

Teksty jednolite – przybytek, od którego nie boli głowa?

Dobiega końca pierwszy miesiąc nowego roku. Czas otrząsnąć się z emocji wywołanych ostatnimi projektami ustaw procedowanych w Sejmie. Dzisiejszy wpis znowu będzie nieco przekorny, a może nawet prowokacyjny.

Od 1 stycznia 2016 wszedł w życie w przepis art. 16 ust. 1 zdanie pierwsze ustawy z dnia 20 lipca 2000 r. o ogłaszaniu aktów normatywnych i niektórych innych aktów prawnych w brzmieniu:

Marszałek Sejmu ogłasza tekst jednolity ustawy nie rzadziej niż raz na 12 miesięcy, jeżeli była ona nowelizowana.

Jest to przepis z najdłuższą bodaj vacatio legis w naszym systemie prawa. Przyjęty został ustawą z dnia 4 marca 2011 r. o zmianie ustawy o ogłaszaniu aktów normatywnych i niektórych innych aktów prawnych oraz niektórych innych ustaw (Dz. U. Nr 117, poz. 176) . Od ogłoszenia ustawy z tą zmianą (8 czerwca 2011 r.) do wejścia w życie upłynęło ponad cztery i pół roku. Nie przypominam sobie innych przepisów oczekujących tak długo na swoją moc prawną. Charakterystyczne, że w tej samej ustawie nowelizującej znalazł się inny przepis w art. 16 ust. 3 stanowiący: Tekst jednolity aktu normatywnego innego niż ustawa ogłasza się nie rzadziej niż raz na 12miesięcy, jeżeli był on nowelizowany. Ta norma weszła w życie1 stycznia 2012 i od tego czasu dotyczy rozporządzeń i aktów prawa miejscowego.

Kwestia tekstów jednolitych przez wiele lat wzbudzała dyskusje. Chodziło zawsze o jedno – w dobie częstych zmian ustaw, adresaci norm ustawowych mieli ograniczony dostęp do źródeł prawa przez to, że wielokrotnie nowelizowane ustawy nie miały sporządzanych tekstów jednolitych, co skazywało obywateli na mitręgę samodzielnego „odtwarzania” aktualnej treści obowiązujących przepisów lub korzystania w komercyjnych baz aktów prawnych. To rzeczywiście był dramat, ustawy nowelizowane po kilkadziesiąt razy nie miały tekstów jednolitych. Ale po roku 2000 sytuacja zaczęła się zmieniać. Odkąd zadanie wydawania tekstów jednolitych ustaw spoczęło na Marszałku Sejmu, a w praktyce na Biurze Legislacyjnym Kancelarii Sejmu „w temacie” zaczęło poprawiać. Pojawiały się kolejne teksty jednolite najtrudniejszych i „zaniedbanych” pod tym względem ustaw. Potem na bieżąco, po kolejnych zmianach, ukazywały się kolejne aktualne teksty jednolite. To wszystko jednak było za mało, a wspomniana wyżej dyskusja doprowadziła nawet do wprowadzenia do ustawy o ogłaszaniu zupełnie kuriozalnego przepisu z dnia 16 grudnia 2005 r. o zmianie ustawy o ogłaszaniu aktów normatywnych i niektórych innych aktów prawnych (Dz. U. Nr 267 poz 2253)  – Po każdej dokonanej nowelizacji ustawy, Marszałek Sejmu ogłasza jej tekst jednolity w ciągu dwóch tygodni od dnia wejścia w życie nowelizowanej ustawy. Przepis ten zupełnie nieracjonalny i sprzeczny sam w sobie przyjęty został z inicjatywy sejmowej Komisji Sprawiedliwości i Praw Człowieka. Jak ustawodawca otrząsnął się z amoku ulepszania na siłę systemu prawa przywrócił ustawą z dnia 10 marca 2006 r. o zmianie ustawy o wydawaniu Monitora Sądowego i Gospodarczego oraz o zmianie niektórych innych ustaw (Dz. U. Nr 73, poz. 501)  regułę o treści: Jeżeli liczba zmian w ustawie jest znaczna lub gdy ustawa była wielokrotnie uprzednio nowelizowana i posługiwanie się tekstem ustawy może być istotnie utrudnione, Marszałek Sejmu ogłasza tekst jednolity ustawy, która obowiązywała do końca 2015 r.

Od początku przyjęcia obecnie obowiązującej reguły nakazującej wydać tekst jednolity ustawy i aktów podustawowych nie podobały mi się jej skutki. Zasada, żeby wydawać tekst jednolity aktu nie rzadziej niż raz na 12 miesięcy, jeżeli był on nowelizowany, kłóci się z istotą i celem tekstu jednolitego. Powinno się go opracowywać dla ułatwienia korzystania z treści aktu, wtedy kiedy w związku ze zmianami wprowadzonymi do treści pierwotnej, to korzystanie jest utrudnione. Mechaniczny, automatyczny obowiązek ogłoszenia tekstu jednolitego po każdej nowelizacji (niezależnie od jej zakresu), w terminie nie późniejszym niż 12 miesięcy przeczy tej racjonalnej zasadzie.

Częste wydawanie tekstów jednolitych nie zawsze jest konieczne. W dobie powszechnego, szybkiego dostępu do aktów prawnych w postaci elektronicznej „złożenie do kupy” ujednoliconego tekstu ustawy lub rozporządzenia, w których dokonano niewielkich zmian jest proste, szybkie, a efekt prostej operacji myślowej i informatycznej (no jak ktoś woli może zawsze użyć papieru, nożyczek i taśmy samoprzylepnej lub zszywacza) jest niezawodny. Ten problem widać już zresztą było na przykładach rozporządzeń. Ich nowelizacje mają to do siebie, że zmiany nie są liczne. Jak minister chce większych zmian, to wydaje po prostu nowe rozporządzenie. W tej sytuacji większość tekstów jednolitych rozporządzeń ogłaszana jest nie ze względu na to, że korzystanie z rozporządzenia jest utrudnione tylko dlatego, żeby minister nie popadł w zwłokę z 12-miesięcznym terminem.

Jest jeszcze jeden argument przeciwko „automatycznym” tekstom jednolitym. Przepisy przejściowe zawarte w nowelizacjach ustaw i rozporządzeń mają różny czas obowiązywania. Wydaje się, że „kasowanie” całego aktu nowelizującego przez inkorporowanie go do treści obwieszczenia o ogłoszeniu tekstu jednolitego może w niektórych przypadkach utrudniać interpretację norm przejściowych.

Może jestem starej daty i przyzwyczaiłem się do złego ale nie mogę się pogodzić z wizją, że od 1 stycznia 2016 r. Marszałek Sejmu jest obowiązany ogłosić tekst jednolity ustawy, w której jakaś wpadkowa nowelizacja uchyliła jedną jednostkę redakcyjną. Całe szczęście, że Dzienniki Ustaw wychodzą elektronicznie i że na nowych regulacjach nie ucierpią lasy. Jednakowoż, jestem przekonany, że prędzej czy później wrócimy do zdrowej i racjonalnej zasady ogłaszania tekstów jednolitych wtedy gdy są one rzeczywiście potrzebne.

WZ

Z nadzieją, mimo wszystko, w Nowy Rok.

Od ostatniego wpisu znowu zadziało się. I znowu nie mogę się powstrzymać od uwag o charakterze bardziej publicystycznym niż czysto legislacyjnym. Kolejne – wydawałoby się niewyobrażalne – naruszenia podstawowych reguł tworzenia prawa, oczywiste sprzeczności z Zasadami techniki prawodawczej za nami. Jakże trudno to obserwować. Jakże trudno odnieść się do tego bez emocji.

Tak się składa, że moje ostatnie zlecenia szkoleniowe dotyczyły przeprowadzania szkoleń pod tytułem „Legislacja dla nieprawników”. Cel jaki sobie postawiłem to zaznajomienie osób bez wykształcenia prawniczego z podstawowymi pojęciami z zakresu legislacji, zasadami konstytucyjnego systemu prawa i technikami prawodawczymi. W szczególności zależało mi na tym aby uczestnicy szkoleń uwiadomili sobie hierarchiczność źródeł prawa, zapoznali się ze wszystkimi rodzajami przepisów w aktach normatywnych (ich funkcją i prawidłowym umiejscowieniem), budową jednostek redakcyjnych i technikami ich nowelizowania. Jak zwykle kładłem nacisk na rolę i wagę rozstrzygnięć intertemporalnych, podkreślając trudność tej problematyki. Jak zwykle dawałem też dużo przykładów z Dziennika Ustaw wziętych. Wydaje mi się, że założony cel w znacznym stopniu osiągnąłem – uczestnicy poznali naturę procesu powstawania przepisów i zawartych w niech norm prawnych oraz poznali legislacyjne mechanizmy ich zmian. (Tezę pozwalam sobie postawić po zapoznaniu się ankietami ewaluacyjnymi, w których oceny szkolącego i przekazanej wiedzy przekraczały średnią 4,7 w skali 1-5). Moi odbiorcy co do zasady zgadzali się z moją tezą, że legislacja jest nie tylko dla prawników; że rządzą nią proste reguły zrozumiałe dla każdego racjonalnie myślącego człowieka.

Jak się ma powyższe do tego co dzieje się w parlamencie w procesie ustawodawczym? Otóż, szkoląc, wykładając, podając prawidłowe reguły legislacji trzeba się odwoływać do wartości bezdyskusyjnych, niekwestionowalnych, niezależnych od czasu i okoliczności. Trzeba też opierać się na autorytetach. W sytuacji, gdy każda rudymentarna zasada, każda ugruntowana praktyka, każda instytucja prawna może zostać zakwestionowana nieracjonalnymi „nieargumentami” niezwykle trudno jest wiarygodnie przekonywać do wartości, które do tej pory były oczywistym punktem odniesienia. Przecież w moich szkoleniach wielokrotnie odwołuję się orzecznictwa Trybunału Konstytucyjnego, zwłaszcza do szczegółowych zasad wywodzonych z zasady demokratycznego państwa prawnego. Podkreślam istotę i znaczenie dorobku orzeczniczego TK, który praktycznie dekoduje normy zawarte w górnolotnie brzmiącym art. 2 Konstytucji – Rzeczpospolita Polska jest demokratycznym państwem, urzeczywistniającym zasady sprawiedliwości społecznej. To z art. 2 wywiedziono zasadę zaufania do państwa i stanowionego prawa, zasadę ochrony interesów w toku, zasadę określoności przepisów. To w nim odnajduje się zasadę lex retro non agit, zasadę proporcjonalności, zasadę prawidłowej/poprawnej/przyzwoitej/należytej legislacji. Podkreślam też często, że większość z tych zasad Trybunał wywiódł jeszcze przed wejściem w życie Konstytucji z 1997 r. I czego się doczekał – ustawy z dnia 22 grudnia 2015 r. o zmianie ustawy o Trybunale Konstytucyjnym (Dz. U. poz. 2217). Ustawy, która de facto blokuje pracę Trybunału, która przyjęta została w pośpiechu urągającym wszelkim standardom stanowienia prawa, która narusza podstawowe i szczegółowe zasady techniki prawodawczej i która jest oczywiście niekonstytucyjna.

Kończy się ten rok najczarniejszymi scenariuszami z punktu widzenia legislacji. Ostatnim bodaj akordem prawodawczej kakofonii jest przepis art. 4 ustawy z dnia 30 grudnia 2015 r. o zmianie ustawy o radiofonii i telewizji. brzmiący: Ustawa wchodzi w życie z dniem następującym po dniu ogłoszenia, a traci swą moc z dniem 30 czerwca 2016 r. Przecież to jest nowelizacja. W dniu wejścia w życie zmieni ustawę nowelizującą i koniec jej bytu (nie licząc przepisów przejściowych). Co autor tej pseudonormy ma na myśli – że 1 lipca 2016 r. sie (to nie jest literówka) przywróci obecna treść ustawy o radiofonii i telewizji. To jakiś obłęd, nie do uwierzenia,

Nie zadaję pytania, co dalej? Boję się szukać na nie odpowiedzi. Pozostaję cały czas w nadziei.

Za kilka godzin Nowy Rok. Życzę serdecznie legislacyjnemu środowisku: pracy w spokoju, doceniania ( w tym materialnego) legislacyjnego znoju, harmonijnego osobistego i zawodowego rozwoju i dobrej współpracy w niezawodnym zdrowiu.

 

WZ

Nihilizm prawny a legislacja.

Dość długo milczałem. W tym czasie z zadziwieniem, zażenowaniem, niedowierzaniem, wreszcie z oburzeniem, obserwowałem co dzieje się w sprawach, które temu blogowi są najbliższe. Poza tym trwała we mnie walka wewnętrzna, walka z przekonaniem, że jako legislator powinienem się w blogu odnosić tylko i wyłącznie do kwestii czysto legislacyjnych. Założyłem sobie na początku, iż z oczywistych przyczyn nie będę wkraczał w obszary skażone czystą polityką. Podkreślałem to jeszcze na początku ostatniego wpisu. Ale wobec wydarzeń, które miały miejsce w ostatnich trzech tygodniach podjąłem trudną decyzję – odniosę się do nich. Uważam, że taki jest mój obowiązek. Ten blog założyłem także dlatego, że jako ”wolny strzelec”, legislator niezatrudniony na państwowej posadzie mogę i powinien zajmować takimi sprawami, jakie dla większości legislacyjnego środowiska są w naturalny sposób niedopuszczalne, czy wręcz zakazane. Nie będę jednak komentował wypowiedzi czysto politycznych, zwłaszcza tych odwołujących się do prymatu woli narodu nad prawem i Konstytucją, bo nie wytrzymałaby tego prawdopodobnie klawiatura.

Dla mnie prawnika, który swoją edukację prawniczą rozpoczynał w 1985 r. i przez wszystkie te lata najpierw obserwował upadek starego systemu i potem mozolne kształtowanie nowego porządku prawnego, to co obecnie się dzieje wokół Trybunału Konstytucyjnego to tytułowy nihilizm prawny (patrz definicja nihilizmu http://sjp.pl/nihilizm i nihilizmu prawnego http://encyklopedia.interia.pl/haslo?hid=90307 ). Czy nihilizmem nie jest?

  • Nieuznawanie skutków prawnych czynności podejmowanych na podstawie obowiązujących przepisów.
  • Nieprzestrzeganie hierarchii norm aktów normatywnych.
  • Uchylanie przepisów, które już „zadziałały” i wprowadzanie w ich miejsce nowych przepisów dla wywołania skutków prawnych w zakresie stanów faktycznych już dokonanych.
  • Naruszanie zasad tworzenia prawa w każdym znaczeniu i wymiarze: systemowym, proceduralnym czy racjonalnym.
  • I wreszcie – niewykonywanie, obstrukcja i dezawuowanie rozstrzygnięć organów działających w ramach instytucji prawnych urzeczywistniających zasadę trójpodziału władz.

To wszystko miało i ma miejsce w związku z „akcją” dotyczącą Trybunału Konstytucyjnego i jest jawnym zaprzeczeniem standardów jakie stworzyliśmy od 1989 r. Na tę chwilę nie wiadomo co dalej, co jeszcze, co potem?

Ja zadaję sobie pytanie, jak się w tym wszystkim ma znaleźć legislacja rozumiana jako ogół zasad, dyrektyw, technik, czynności i procedur związanych z procesem powstawania aktów normatywnych? Odpowiedź nie nastraja niestety optymistycznie. Legislacja jest tylko narzędziem. Jeśli ci, którzy decydują o ostatecznej formie i treści prawa posługują się nihilizmem prawnym, to mogą tego narzędzia używać dowolnie, wybiórczo, pomijać niektóre jego funkcjonalności. Mogą wykorzystywać legislację partykularnie.

Minęły czasy, kiedy legislator uzbrojony w Konstytucję i Zasady techniki prawodawczej mógł skutecznie stawiać czoła większości procedującej projekt. Na przykład, podczas mojej pracy w Biurze Legislacyjnym Kancelarii Sejmu nad projektem ustawy z dnia 3 marca 2000 r. o wynagradzaniu osób kierujących niektórymi podmiotami prawnymi skorzystałem z ówczesnego art. 56 regulaminu Sejmu (obecny odpowiednik art. 70), powodując, że Marszałek Sejmu cofnął sprawozdanie do Komisji Nadzwyczajnej, a posłowie chcąc nie chcąc musieli raz jeszcze zająć się projektem i wyeliminować z niego podnoszone przez Biuro Legislacyjne sprzeczności z Konstytucją i błędy legislacyjne (patrz prace komisyjne – posiedzenia 15 i 22 grudnia 1999 r. ). Tak, były takie czasy. Dzisiaj jest inaczej. W procesie legislacyjnym liczą się trzy rzeczy: po pierwsze – interes partyjny, po drugie – interes partyjny i po trzecie – … interes partyjny. Tymczasem, choć legislacja to narzędzie elastyczne, nie sposób go dostosować do każdego interesu politycznej większości. Niestety zależność ta zawsze działa na niekorzyść legislacji i legislatorów i tego nie da się przeskoczyć. Standardy poprawnej/prawidłowej/przyzwoitej legislacji są przestrzegane, jeżeli przestrzegane są wszystkie inne zasady konstytucyjne.

Z niepokojem patrzę co przyniesie dalszy rozwój wypadków. Wierzę jednak, że ostatecznym skutkiem obecnego zamieszania będzie wzmocnienie mechanizmów zapewniających obronę przed nihilizmem prawnym.

 

WZ