Przygotowywałem inny wpis, ale rzeczywistość tak dobija się o głos na temat tego co dzieje się teraz w polskim parlamencie, że nieprzyzwoitym byłoby nie napisać na ten temat. Mógłbym nie pisać nic więcej. Zdecydowana większość czytelników, która zagląda do mojego bloga doskonale wie co myślę na temat procedowanych i – o zgrozo – przyjmowanych, ustawach dotyczących „reformy” sądownictwa.

Nie będę analizował rozwiązań merytorycznych przyjętych 12 lipca 2017 r. ustawach o zmianie ustawy o Krajowej Radzie Sądownictwa oraz niektórych innych ustaw oraz o zmianie ustawy – Prawo o ustroju sądów powszechnych oraz niektórych innych ustaw, a także w projekcie ustawy o Sądzie Najwyższym (właśnie trwa jego I czytanie). Nie muszę wywodzić ich niekonstytucyjności. Szkoda czasu. Nachodzi mnie jednak refleksja natury legislacyjnej. Myślę o przepisach służących wdrożeniu nowych rozwiązań i instytucji prawnych – przepisach przejściowych i dostosowujących. Tym wycinkiem praktyki legislacyjnej interesuję się bowiem szczególnie i zawsze podkreślam ich wagę i trudność prawidłowego ich formułowania.

Refleksja jest taka. Od strony technicznej trudno im w tych ustawach cokolwiek zarzucić. Być może są wyczerpujące z punktu widzenia merytorycznego zakresu, jakiego powinny dotyczyć. Nawet w (he, he, he) poselskim projekcie ustawy o Sądzie Najwyższym. Przyłożono się do nich. Jednak najważniejsze cele jakie mają te przepisy realizować to zapewnienie zgodności z Konstytucją, w tym zwłaszcza ze szczegółowymi zasadami wywodzonymi z zasady demokratycznego państwa prawnego. W przypadku ustaw „reformujących” wymiar sprawiedliwości, art. 2 Konstytucji ma nawet nieco mniejsze znaczenie, ze względu na to, że ustawy dotyczą instytucji i funkcjonariuszy publicznych. Tutaj, np. zasada zaufania do państwa i stanowionego przez nie prawa, czy zasada ochrony praw nabytych mają nieco inną („słabszą”) moc. Zasadnicze wzorce badania konstytucyjności znajdują się natomiast w konkretnych przepisach Konstytucji dotyczących sędziów, Krajowej Rady Sądownictwa czy Sądu Najwyższego. Jeżeli więc rozwiązania wprowadzane do przepisów merytorycznych są niezgodne z Konstytucją, to nie mogą być zgodne z Konstytucją przepisy przejściowe i dostosowujące z nimi związane. Mimo, że są poprawnie zredagowane.

Odrębną kwestią jest to, że przepisy przejściowe i dostosowujące są w tym przypadku w istocie narzędziem wdrażania pozornych zmian ustrojowych i nieracjonalnych rozwiązań, służących (jeszcze) nie wiadomo, jakim celom.  Stanowią one jakby sam w sobie odrębny akt politycznej batalii, bo przecież z prawnego punktu widzenia możliwość wyrzucenia (przepraszam „przejścia w stan spoczynku”) ze stanowiska każdego sędziego Sądu Najwyższego, nijak się ma do faktycznych zmian ustrojowych zawartych w projekcie nowej ustawy o Sądzie Najwyższym.

Jest mi przykro, że przez Parlament przechodzą takie ustawy. Czuję się źle, ze świadomością, że procedowane są one w ekspresowym tempie. Męczy mnie świadomość, że ci których zadaniem jest dbanie o legislacyjną (w najszerszym tego słowa rozumieniu) poprawność ustaw, nie mogą przedstawiać swojego stanowiska w sposób nieskrępowany, a jeśli już nie odmawia im się tego prawa, to nic to nie znaczy dla matematycznej większości, popartej stalowymi barierkami przed Sejmem i strażniczkami Straży Marszałkowskiej broniącymi dostępu do Marszałka Sejmu.

A wszystko to dzieje się za sprawą nie wiadomo kogo. Ustawy nie mają autorów. Projekty są rządowe, poselskie, komisyjne, senackie, obywatelskie i prezydenckie. Ale rzadko kiedy wiemy kto je fizycznie napisał, kto zredagował, kto sformułował przepisy przejściowe i dostosowujące. Przecież nie ministrowie i posłowie albo sam Prezydent. To niemożliwe, wiem coś o tym ze swojej dość długiej praktyki. Już wiele lat temu podnoszone były postulaty, żeby każda ustawa miała „napisy końcowe”, w których z imienia i nazwiska wymienione byłyby osoby mające wpływ na jej treść. Może trzeba wrócić do tej idei. Ten czas pokazuje, że jest to niezbędne. Bardzo bym chciał wiedzieć, kto redagował przepisy art. 87-106 projektu ustawy o Sądzie Najwyższym. Może kiedyś miałby okazję przedstawić racje jakie nim kierowały i czy rzeczywiście mieściły się one w jego poczuciu przyzwoitości. Może trudniej byłoby znaleźć chętnych do wypisywania tak zgrabnych przepisów. Może Radzie Ministrów trudniej byłoby omijać pełną ścieżkę legislacyjną przez wyręczenie się posłami.

Mam świadomość, że takie rozwiązanie byłoby dla niektórych kontrowersyjne, bo przecież legislatorzy są by realizować zamówienia prawodawcy. Zgadzam się z tym, ale lojalność ma swoje granice, zwłaszcza w działalności publicznej.

 

WZ