Po wakacyjnej przerwie powróciłem do prowadzenia szkoleń w różnych miejscach i dla uczestników z różnych instytucji. Przy tej okazji powróciły stale pojawiające się przemyślenia i refleksje.

Generalnie, moje doświadczenia i emocje związane z udziałem w szkoleniach mają charakter pozytywny i budujący. Spotkania z kolejnymi grupami zawsze (naprawdę) dają satysfakcję z tego, że przekazywane wiedza i doświadczenie znajdują właściwy odbiór, a ja także dowiaduję się czegoś nowego o praktyce i uwarunkowaniach stanowienia prawa. Informacja zwrotna jaką dostaję od uczestników w postaci interakcji w trakcie szkolenia, czy też ocen wystawionych po szkoleniu nagradza wkład pracy i zaangażowanie w przygotowanie materiałów i „występ” na szkoleniu. Cóż może dać szkolącemu większą satysfakcję niż opinia z ankiety oceny szkolenia brzmiąca: Ton głosu, sposób przedstawienia informacji, postawa prowadzącego pozwalały na to, że szkolenie nie było nużące, nudne. Pozwalało podążać tokiem informacji przekazywanych na szkoleniu. Albo: Informacje zostały przekazane jasno, prowadzący szkolenie przywołał przykłady doskonale obrazujące tematykę szkolenia i zwracał uwagę na praktyczne problemy ze stosowaniem zasad techniki prawodawczej. Krzepiące są także pochwały i oceny formułowane przez organizatorów szkoleń. (Daruję szanownym czytelnikom kolejne cytaty, tym razem z listów referencyjnych, bo bym się przereklamował.)

Tej jasnej stronie mojej szkoleniowej działalności towarzyszą także refleksje mniej optymistyczne. Oto kilka z nich.

Od kiedy zacząłem szkolić, zauważyłem pewną nieoczywistą prawidłowość. Podnosić swoje kompetencje w korzystaniu z zasad techniki prawodawczej chcą zazwyczaj prymusi. Na szkolenia zapisują się najlepsi w praktyce legislacyjnej a szkolenia zamknięte organizują podmioty i jednostki organizacyjne, które często mógłbym stawiać jako wzór do naśladowania. Ostatecznie traktuję tę prawidłowość jako naturalne dążenie do doskonałości tych, którzy rozumieją ważność znajomości warsztatu tworzenia prawa. Pozostaje jednak niedosyt, co z całą resztą, nieświadomą swoich legislacyjnych deficytów. Ten niedosyt przekłada się jeszcze na świadomość, że legislacyjna bylejakość ma się dobrze, a standardy prawidłowej legislacji rzadko kiedy przywoływane są jako argument dyskwalifikujący akt normatywny, czy poszczególne jego przepisy.

Jednak powyższe problemy są niczym wobec zasadniczej troski jaka obecnie towarzyszy przygotowaniom i prowadzeniu większości szkoleń. Jak szkolić z zasad prawidłowej legislacji w czasach, gdy wartości na jakich się one opierają są tak jawnie i często łamane, i to zarówno w wymiarze proceduralnym jak i materialnym. Jak odwoływać się do kanonów, które są gwarantem zasad demokratycznego państwa prawnego w sytuacji, gdy machina państwowa nastawiona została na demontaż mechanizmów gwarantujących zachowanie równowagi władz? Jak odwoływać się do orzecznictwa Trybunału Konstytucyjnego i Sądu Najwyższego – najważniejszych organów czuwających nad prawidłowym procesem stanowienia prawa i jego stosowania, kiedy poddawane są one dyfamacji ze strony chorych na fobię praworządności budowniczych nowego ładu, w którym tylko pozornie na najwyższym piedestale stawia się Naród i Polskę, a w rzeczywistości chodzi o zabezpieczenie Partyjnego IntereSu. Jak odwoływać się do wartości stojących ponad bieżącą doktryną i bezmyślną propagandą fałszywie przedstawiającą obraz tego czym powinno być państwa prawa i jakie mechanizmy realnie bronią praw i wolności obywatelskich. Jak szkolić …(?) w sytuacji, gdy prawodawca sięga po rozwiązania, co do których jeszcze niedawno nikt nie odważyłby się rozważać, ze względu na ich oczywistą akonstytucyjność.

Odrębnym aspektem powyższego, oględnie rzecz ujmując „dyskomfortu”, są dylematy na ile sensowne jest wykorzystywanie do materiałów przygotowywanych na szkolenia najcięższych błędów popełnianych w przyjmowanych ustawach. Staram się ich nie wykorzystywać. Raz, że za bardzo emocjonalnie nakręcam się przy omawianiu takich przykładów. Dwa, że mam świadomość, iż nie ma sensu wykorzystywać takich przykładów jako przejawów złych praktyk legislacyjnych, bo legislatorzy, którzy brali udział w ich przyjmowaniu nie mieli żadnego wpływu na ostatecznie przyjęte rozwiązania. Ba, starali się nawet na tyle, ile to w danym przypadku było możliwe, przestrzec, zwrócić uwagę, zaproponować rozwiązanie poprawne z legislacyjnego punktu widzenia – zazwyczaj bez żadnego skutku.

Na koniec jeszcze jeden, już lżejszej kategorii problem z moim udziałem w szkoleniach. Otóż, od pewnego czasu w zapytaniach ofertowych, ogłoszeniach o przetargach i programach szkoleń organizatorzy szkoleń dla określenia prowadzącego szkolenie posługują się pojęciem „trener”. Nie mogę się do niego przyzwyczaić. Trener to osobnik, który z zasady zajmuje się drużyną lub pojedynczym zawodnikiem przez dłuższy czas. Przyjmuje pewną strategię szkoleniową, metody treningu i realizuje je przez działania polegające na wyznaczaniu długofalowych zadań. Obserwuje swoich podopiecznych i ma możliwość korekty ich zachowań. Prowadzącego szkolenie z legislacji, zazwyczaj jedno-, góra dwudniowe, trudno uznać za trenera. Nie ma on możliwości wdrażać trenerskich procedur. Myślę, że używanie tego wyrazu dla większości tzw. szkoleń twardych jest nieporozumieniem, choć zapewne świadomie „popełnianym” przez organizatorów, którzy liczą, że potencjalni klienci przekonani są, że szkolenie prowadzone przez „trenera” jest dużo bardziej efektywne niż przez „prowadzącego szkolenie”.

Jak widać triumfy i troski związane z prowadzeniem szkoleń mogą mieć różne wymiary i charakter. Tak czy inaczej liczę, że dostarczać będą mnie i moim słuchaczom właściwej porcji motywacji do zgłębiania tajników prawidłowej legislacji

WZ